Jest tak spokojnie.
Paradoksalnie i przewrotnie.
Spokoj wierci się w mej głowie niemożebnie.
Przenikliwe chłodem, tudzież namiastą ciepła przedwiośnie,
rozciagneło sie jak gumka i nijak nie chce puscić.
Trzymam w ryzach swoje niezadowolenie.
Spokoj lubi kłamać.
Przyłapuję go czasem na tym.
Patrze wtedy w jeden punkt nieobecnym wzrokiem
i modlę się szeptem- odejdz.
Chodne dreszcze na mym ciele mowią wtedy, cos o pledzie.
Tak mi się wydaje.
Bo wszystko we mnie marznie i znika ochota.
Zalewam się czasem wrzątkiem, wtedy tez i słodze,
ale wcale nie pachnę jak wiosna.
W efekcie ubocznym pustki- wyciszam sie, ale nie nastrajam.
Czas kurczy się wprost proporcjonalnie do rozmiarów obowiazków.
Wtedy milczy, a ja z nim. Pomaga zapomnieć.
Że gdzieś tam za horyontem, wiosna już zaglada w oczy,
rozszerza źrenice,a zycie ma szerszy wymiar.
Wyczekiwanie mozna zastąpić byle czym.
Byle jak. Byle gdzie. To takie proste przecież.
Nie chce mi się. Ale to kiepska wymówka.
Mogłabym śmiało skusic się. Postawić warunki.
Może nawet mieć.
Ale po co? Gdzie jest sens?
Stawiać coś na pierwszym miejscu,wznieśc wysoko,
by obrócic sie na palcach o 180%,
stanąć twardo na piętach i zepchnąć ze schodów w niepamięc.
Dziwne.
Jest mnie o polowe mniej.
Jedna nic nie potrzebuje, druga krzyczy, kiedy milknę. Wszystko jedno.
Posprzatam emocje,
zmiotę w kąty myslo-kilogramy.
Wiosenne porzadki (chocby dla tradycji) czas zaczać.
Moze będzie nawet przytulnie...
Tylko dla kogo i po co?
*Nie czekać, to jakby zapomnieć:*
terminowe chwile waznosci
(i krzyk ciszy, wskazówek zegara
na cyferblacie potarganym od uniesień.
Poranne roztargnienie,
(przyklejone do powiek fascynacje
i szaleńcze próby trzeźwienia).